Kolejny deko wariacki wypad, tym razem za wschodnią granicę, ale w południowym kawałku. Pierwszy szok zaliczyliśmy niedaleko od przejścia Korczowa-Krakowiec, gdy ruch na międzynarodowej trasie zamarł, bo akurat była pora spędu krów do południowego udoju, a główna trasa prowadziła w/w drogą. Drugi szok, to była jakość dróg. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale jednak…. drogi mają bardziej dziurawe, niż są we Wrocławiu. A to już jest naprawdę ewenement. Efektem ubocznym ewenementu było wbicie obiektywu do body aparatu przy próbie zrobienia zdjęcia przez okno autokaru i od tego momentu ostrość stała się zjawiskiem losowym, co, niestety, na części zdjęć widać. A trzeci szok był z zachwytu – to przepiękny kraj, z fantastycznymi krajobrazami i ogromem przestrzeni. I jakie zielsko mają!!

Czasu mieliśmy mało, więc po wieczornym przyjeździe do Kamieńca Podolskiego, a przed padnięciem po tylu godzinach jazdy, pierwsze, czego się szukało po wywieszeniu się przez okno, to twierdza. Nawet dała się znaleźć, chociaż wrażenie było podobne, jak podczas szukania Tower w Londynie: to takie maluśkie?

Po odespaniu kilkunastu godzin trzęsionki i odbyciu części obowiązkowej poszliśmy oglądać miasto. Kamieniec jest piękny, co i rusz się trafia na kawałki polskiej i wspólnej historii, ale największe wrażenie sprawia lokalizacja starówki i twierdzy, to genialne wykorzystanie jaru Smotrycza i naturalnych warunków obronnych stworzonych przez rzekę. Nie ma się co dziwić, że, jak głosi plotka, Osman II kazał zdobywać to miasto Allachowi, skoro takim je stworzył. Ciekawa sprawa, że to sławne przedmurze chrześcijaństwa (urbs antemurale christianitatis) broniące Europy przed wszelkim wrażym pogańskim elementem padło, bo naszym było szkoda kasy, zaś wraży element dobrze zapłacił francuskim puszkarzom, a oni nie mieli żadnych obiekcji w związku z wykończeniem przedmurza.  Przebudowę twierdzy wg nowych wojennych wymogów także prowadzili Francuzi. Kochane pieniążki… A z innej beczki: chyba nie odważyłabym się mieszkać w domkach stojących na dnie jaru, tuż obok rzeki. Jedno dobre wezbranie i można mieć wycieczkę krajoznawczą dookoła starówki na własnej kanapie.

Szkoda, że trafiliśmy w jakąś dziwną porę: turystów prawie nie było, większość ciekawych rzeczy pozamykana, cisza i spokój. Ale starówka piękna. A wnętrze katedry poprzedni system przetrwało chyba cudem – do wiernych wróciła po 60. latach, dopiero w 1990 r. Śladem dawniejszych zmian jest minaret postawiony, a potem pozostawiony przy katedrze, ale żeby nikt nie miał wątpliwości, czyje było ostatecznie na wierzchu, na szczycie pozłacana Matka Boska stoi na półksiężycu.

I druga szkoda, że w samej twierdzy nie było żadnej ciekawej ekspozycji – bardzo piękna i ciekawa skorupka, ale tylko skorupka. Inna rzecz, że po co komu wystawa, jak od razu się widzi Łomnickiego… tfu! Wołodyjowskiego i jakieś kawałki z Sienkiewicza krążą po głowie.

Po zakończeniu części kamienieckiej przenieśliśmy się do super-hiper ośrodka Słoneczna Dolina w Bojanach, gdzie wywołaliśmy zgorszenie, bo zamiast się ekscytować standardem, poziomem itd., padliśmy na parkingu na kolana i robiliśmy zdjęcia rosnącym tam chwastom. No cóż…

W tzw. międzyczasie odwiedziliśmy uniwersytet w Czerniowcach (ze względu na naukowość wizyty było to ze wszech miar wskazane), gdzie poraził nas bizantyjski przepych tego dawnego Instytutu Teologicznego i siedziby metropolity Bukowiny i Dalmacji, aktualnie na liście dziedzictwa UNESCO (siedziba oczywiście, nie metropolita – choć to też mogłoby być ciekawe). I tylko szkoda, że nie wystarczyło czasu, żeby się poszwędać po tym mołdawsko-austriacko-rumuńsko-polsko-ukraińskim miasteczku. A przy okazji pobytu na Bukowinie nakarmiono nas mamałygą ze skwarkami i serem – pycha!

I drugi niezwykły obiekt: twierdza w Chocimiu – jeden z siedmiu cudów Ukrainy. Też wielonarodowa, mołdawsko-polsko-ukraińska. Sama twierdza, mimo że początkowo nad brzegiem jaru widać głównie dachy baszt, robi szokujące wrażenie (40 m wysokości i 5-6 m grubości murów), a jak się dołączy do tego ogrom Dniestru płynącego tuż pod murami, to efekt jest powalający. I, podobnie jak w Kamieńcu, szkoda, że poza dziedzińcem nigdzie nie dało się wejść.

Dobrze, że Dniestru nie da się zamknąć dla turystów… Siła tak wielkiej rzeki, jej spokój i obojętność na ludzką szamotaninę  są niezwykłe.

Kawałki botaniczne z Parku Narodowego Podolskie Towtry (Podilski Tovtry) są na tyle osobne i na tyle rewelacyjne, że mają oddzielny zestaw zdjęć. Tu jeszcze migawki z jazdy powrotnej, dość emocjonującej ze względu na silne wezbrania wód, zamknięte dla ruchu mosty i inne takie atrakcje. Objazdu wyznaczonego przez GPS nie dało się wykorzystać, bo zabrało most (co prawda dwa lata wcześniej, ale zawsze) i przebijaliśmy się jakimiś bocznymi brukowanymi dróżkami przez malownicze wsie, a na koniec przez most przy jakiejś śluzie, z barierkami szerszymi od naszego busika o jakieś 20 cm, do tego wyglądający na kawałku, jakby był załatany dyktą. Kierowca po wyjechaniu na asfalt stwierdził, że musi zapalić….

Przy powrocie do kraju mieliśmy na przejściu granicznym dwa ciekawe zdarzenia: 1. celnik przybiegł w dyrdy uprzedzić całą kolejkę, żeby absolutnie nie dawała żadnych łapówek, bo właśnie mają kontrolę z Kijowa (co nie przeszkodziło celniczce o buraczanej urodzie wymusić kasy na tzw. czekoladę, gdy była już poza zasięgiem wzroku owej przeraźliwej kontroli), 2. wzbudziliśmy ogólny szok i niedowierzanie, bo celnicy po otwarciu losowo wybranych bagaży znaleźli w nich równiutko i ciasno upakowane pokłady flaszek z kwasem chlebowym, a ilości alkoholi były żadne, śladowe lub co najwyżej nieznaczne. Nasz kierowca skwitował to pełnym pobłażania tekstem: panie, to naukowcy… Celnik prychnął, ale dalej nie drążył.