Udało się złapać na gorącym uczynku przejście zimy w wiosnę – od białego po horyzont, przez białe płynące, po wiosenny krajobraz bez białego, za to rozzłocony i rozbłękitniony. I wszystko w jednym dniu. Dodatkowym smaczkiem był zjazd drogą z Pomocnego do Męcinki, nieutrzymywaną zimą, z założonym śladem na jedno auto, gdzie nasza nibyterenówka szorowała brzuchem po śniegu w rynnie między zaspami. Za jednym z zakrętów wyłonił nam się leśny potwór na metrowych kołach, starannie oplecionych łańcuchami, przekładający dźwigiem sąg drzewa z jednej strony drogi na drugą. Zgodnie z prawami Murphy’ego akurat w tym miejscu było najmniej przejeżdżone i śniegu na dobre dwie zimy. I oprócz tego ostry zakręt i dwie niskie osobówki, intensywnie kombinujące, co dalej. Pewne rzeczy po prostu muszą się zdarzyć.

A główną atrakcją dnia i tak był dzik.