Terry Pratchett „Zbrojni”; tłum. Piotr W. Cholewa

[…]
Patrycjusz osobiście nie przepadał za ogrodami. Ale niektórzy z jego poprzedników je lubili, a Vetinari nigdy niczego nie zmieniał ani nie niszczył, jeśli nie było po temu logicznych powodów. Utrzymywał więc małe zoo, stajnię wyścigową, uznawał nawet, że same ogrody są niezwykle ciekawym zabytkiem, ponieważ w oczywisty sposób tak właśnie było.
Zostały zaprojektowane przez Bezdennie Głupiego Johnsona.
Wielu znakomitych ogrodników i artystów pejzaży przeszło do historii, a potomność pamięta o nich dzięki wspaniałym parkom i ogrodom, stworzonym z niemal boską potęgą i zdolnością przewidywania, niewahającą się przed kopaniem jezior, przesuwaniem wzgórz i sadzeniem lasów po to, by przyszłe pokolenia mogły podziwiać subtelne piękno dzikiej Natury przekształconej ręką Człowieka. Byli wśród nich Uzdolniony Brown, Przewidujący Smith, In-tuicja De Vere Slade-Gore…
A w Ankh-Morpork był Bezdennie Głupi Johnson.
Bezdennie Głupi ?Może teraz wygląda to trochę nieporządnie, ale proszę przyjść za pięćset lat” Johnson. Bezdennie Głupi ?Przecież te plany nie były odwrócone, kiedy je rysowałem” Johnson. Bezdennie Głupi Johnson, który z dwóch tysięcy ton ziemi zbudował sztuczny pagórek przed frontem Quirm Manor, bo ?chybabym zwariował, jakbym tak musiał się cały dzień gapić na kupę drzew i góry, a wy nie?”.
Ogrody pałacowe w Ankh-Morpork uznawano za szczytowe osiągnięcie -jeśli tak można określić -jego kariery. Na przykład był w nich malowniczy staw rybny, długi na trzysta łokci, ale – wskutek jednej z tych błahych pomyłek w notacji, będących tak charakterystyczną cechą projektów Bezdennie Głupiego – szeroki na cal. Mieszkał w nim jeden pstrąg i było mu całkiem wygodnie, pod warunkiem że nie próbował zawrócić. Przy stawie zbudowano kiedyś ozdobną fontannę, która – uruchomiona po raz pierwszy – przez pięć minut tylko warczała groźnie, po czym wystrzeliła kamiennego cherubina na tysiąc stóp w górę.
W ogrodzie był też rów graniczny – właściwie rowek, tyle że dość głęboki. Rowek graniczny służył oznaczeniu posiadłości i powstrzymaniu bydła czy nieproszonych biedaków od włóczenia się po trawnikach, w taki sposób jednak, by – w przeciwieństwie do muru granicznego – nie zasłaniać pięknych widoków. Tutaj ? zgodnie ze wskazaniami błędnego ołówka Bezdennie Głupiego – został wykopany na głębokość pięćdziesięciu stóp i pochłonął już trzech ogrodników.
Za to labirynt był tak mały, że ludzie gubili się, szukając go po okolicy.
Jednak patrycjusz dosyć lubił ogrody – na swój spokojny sposób. Miał pewne poglądy na temat umysłowości większej części rodzaju ludzkiego i ogrody sprawiały, że uznawał je za w pełni uzasadnione.
Stosy papierów leżały równo na trawie dookoła krzesła. Co jakiś czas urzędnicy uzupełniali je lub wynosili. Byli to różni urzędnicy. Do pałacu spływały wszelkie rodzaje i typy informacji, ale tylko w jednym miejscu zbiegały się razem, całkiem jak pajęcze nici, które łączą się w środku pajęczyny.
Wielu, bardzo wielu władców – dobrych, złych, a bardzo często martwych, z reguły wie, co się działo. Nieliczni potrafią, kosztem ogromnego wysiłku, wiedzieć, co się dzieje. Vetinari oba typy uważał za pozbawione ambicji.
– Słucham, doktorze Cruces – powiedział, nie podnosząc głowy.
Skąd on to wie, u diabła? – pomyślał Cruces. Przecież jestem pewien, że nie wywołałem żadnego hałasu…
– Och, Havelock… – zaczął.
– Ma pan mi coś do powiedzenia, doktorze?
– On gdzieś… Gdzieś się zawieruszył.
– Tak. I bez wątpienia pilnie go szukacie. Doskonale. Miłego dnia.
[…]
– Bardzo dziękuję.
– Nie ma o czym mówić. Niech pan mi nie pozwala się zatrzymywać.
Doktor Cruces odszedł w kierunku wskazanym lekkim gestem patrycjusza.
Vetinari pochylił się nad papierami i nawet nie podniósł wzroku, gdy rozległ się daleki, stłumiony krzyk. Sięgnął tylko po mały srebrny dzwonek.
Po chwili przybiegł urzędnik.
– Przynieś drabinę, dobrze, Drumknott? Doktor Cruces wpadł chyba do rowka granicznego. […]