Światopełk Karpiński „Zwalczajmy ligę antyalkoholową”

Nie wolno zwalczać alkoholizmu, bo kartofle mogą zrobić karierę jedynie pod postacią alkoholu. Szary kartofel musi wiedzieć, że ma pewne szanse, aby po najdłuższym, pełnym niewygód życiu dostać się do rafinerii. Jeśli szary kartofel nie będzie miał tej świadomości, znudzi mu się rosnąć na polu i pójdzie się utopić w najbliższej rzece. I to nie jeden. Całe pola tak będą robić.

W rezultacie ludzie z głodu poumierają.

Należy zważyć, że ogromny procent kartofli ginie jako zwykły, nieprzetworzony pokarm, jako ordynarne pożywienie, z perspektywą mało pociągającej przyszłości i tylko szczupła garstka kartofli, tylko szczęśliwa cząstka kartoflanego społeczeństwa, elita wybrańców losu może zrzucić z siebie swą kartoflaną, ziemską powłokę i przejść do innego wyższego bytu, odsłonić swego ducha, który jest alkoholem, i trwać w kontemplacji, w rozbutelkowanym niebie.

Naturalnie, przeciwnicy alkoholu powiedzą, że nie chodzi im o kartofle, lecz o ludzi. Być może, że postawią to lekkomyślne twierdzenie.

Wtedy będę zmuszony nazwać ich egoistami.

Bo niby jak?

Kiedy ma się do wyboru kartofel albo człowieka, oni stają po stronie człowieka. Człowieka, który jest przecież silniejszy od kartofla. Przeciw słabszemu!!! I w tym celu zakłada się ligę! I to ma być ładnie! I człowiek z poczuciem etyki może to pochwalić!

Nie, panowie.

Jeszcze są ludzie, którzy nawet w dzisiejszych czasach pięści potrafią ująć się za sprawiedliwością. Pomóc słabszemu. Pocieszyć.

Biedne, małe, bezdomne kartofle!

Wódkę chcą zniszczyć, tę jedyną rzecz, która jest ich dumą.

O! Nie! Ja nie płaczę! To tylko głos mi drży tak jakoś dziwnie. Nie wstydzę się tego wzruszenia. Jest ono męskie. Każdy mężczyzna musi się wzruszyć na widok znęcania się nad czymś tak słabym, tak bardzo wymagającym opieki, jak kartofel.

To jest wzruszenie zdrowe i wara tym, co powiedzą, że ja tylko tak mówię, żeby zdobyć sobie popularność wśród kartofli. Nie prawda. Muszę. I to jest właśnie moja nieskazitelna postawa.

Możliwe, że odtąd ludzie zaczną mną gardzić, a kartofle nigdy nie dowiedzą się o tym, że stanąłem w ich obronie, ale ja nie szukałem osobistych korzyści. Zresztą, być może niedaleka przyszłość okaże jeszcze, do czego są zdolne kartofle.

Muszą się tylko wzajemnie uświadomić.

Muszą zrobić po raz pierwszy takie ludzkie prawdziwe wybory i same się rządzić, a nie żeby jakiś pierwszy lepszy człowiek zasadzał je na jak długo chce, a po tym jeszcze je kopał.

Tak. Walka z alkoholizmem godzi w zdrowy interes kartofli. Dlatego w imię ideału należy wypowiedzieć jej wojnę z otwartą przyłbicą!

W kraju kartofli zwalcza się alkoholizm! A gdzie prawa gościnności? Gdzie poczucie sąsiedztwa?

One rosną obok nas!

Gdzie serce?

Czy panowie z kongresu przciwalkoholowego wzięli pod uwagę zagadnienie, które tu poruszam?

Czy panowie — na przykład — wiedzą ile my, ludzie, władcy świata, zawdzięczamy kartoflom?

Dla czyjego dobra chcecie tak krzywdzić kartofle?

Dla dobra ludzi?

Ależ porównajcie przeciętny kartofel z przeciętnym człowiekiem.

Czy kartofel pcha się na kartofla i nawet nie powie przepraszam?

Czy kartofel mówi „taka twoja nać”? Nie! One żyją w ciszy. Pęczkami.

Czy kartofel ubiera się jak koczkodan i pyta później: „Powiedz, że dzisiaj jestem dobrze ubrana”.

Nie! Kartofel zdobi się tylko we własną urodę.

Czasem wepnie sobie motylka w swoje zielone włosy.

I to jest wszystko.

O! Gdyby choć jeden członek ligi antyalkoholowej zadumał się na chwilę nad kartofliskiem, zrozumiałby całe dostojeństwo kartofli, a nazajutrz zrobiłby wszystko, aby rozwiązać swą szkodliwą instytucję.

Dlatego proponuję założenie Ligi, która z całą stanowczością, ofiarnością i samozaparciem, w myśl przytoczonych przeze mnie haseł nazwie się Ligą zwalczania Ligi Antyalkoholowej. A nazwa ta nie będzie frazesem.

Ja pierwszy zgłaszam do niej swój akces i jako człowiek i jako kartofel.

Światopełk Karpiński – Ściana śmiechu; Gebethner i Wolff, Warszawa, 1938