Wyjazd 5 marca 2008 czysto oglądawczy na ciemiernika zielonego Helleborus viridis. Oprócz ciemiernika udało nam się obejrzeć życie wyłażące spod liści i prowokacyjnie wystawiające zielone kawałki na wierzch oraz trzy bardzo aktywne śnieżyce (w znaczeniu nieożywionym, chociaż kto je tam wie…), które chyba tego zielonego za bardzo nie lubiły. W każdym razie jeśli chodzi o tzw. czynniki klimatyczne był to bardzo urozmaicony wyjazd…

Jaki ciemiernik zielony jest zielony każdy widzi. Piękne, dłoniaste liście, piękne dyskretną urodą zielone kwiaty. Stanowiska na Pogórzu Kaczawskim są jedynymi istniejącymi w Polsce, pozostałe sudeckie wystąpienia, znane z danych niemieckich, nie zachowały się. Chociaż nie jest to nasz rodzimy gatunek to mimo wszystko jest całkiem ładny i warto go zobaczyć. A przy okazji warto pamiętać o jego dodatkowych walorach, od których pochodzi polska nazwa, wywodząca się od słowiańskiego ‚czemer’ – jad, trucizna, także roślina trująca. Czyli testować wyłącznie za użyciem wzroku, węchu i ewentualnie słuchu.

Podziękowania wielkie dla Kasi, Remka, Marka i oczywiście dla Benka za jego ogrooooomny urok osobisty – bez nich ten wyjazd by nie doszedł do skutku.

Przed wejściem do doliny trzeba podjąć istotną decyzję – prawy czy lewy brzeg? Po roztopach to pytanie może zadecydować o mieć albo nie mieć zdjęć, bo poziom wody uniemożliwia radosne skakanie z brzegu na brzeg. Zaryzykowaliśmy brzeg orograficznie prawy, a nasz lewy.

Fenologicznie mamy początek wiosny, czego dowodem są piękne kwiaty leszczyny Corylus avellana, które chyba wszyscy lubią. No, może poza alergikami. Bez przykrych wrażeń można lubić piękne żeńskie pędzelki, co objawia się zaskakującą ilością zdjęć.

Jeeest! Oczywiście na pierwszego ciemiernika rzucają się wszyscy, potem już na spokojnie rozłażą się po lesie i każdy zapada przy swoich kępkach. Ja się nie dałam rzucić na glebę, ale panowie na całej swojej długości współpracowali z grawitacją. Zachwyty nad zielonym przerwała pierwsza śnieżyca.

Po krótkiej, choć bardzo efektownej zadymce znów wyszło słońce i pokazała się kolejna ulubiona wiosenna roślinka – bezzieleniowy pasożyt drzew liściastych łuskiewnik różowy Lathrea squamaria.

I dalszy ciąg doliny i ciemierników. Napawanie się znów zostało przerwane przez zadymkę, tym razem dłuższą i bardziej wydajną.

Po której, oczywiście, nastąpiło słońce zgodnie z tradycją ugruntowaną w przysłowiu ‚marcu jak w garncu’. Tego dnia w garncu mieszało wyjątkowo skutecznie.

I już wyjście z leśnej dziczy do cywilizacji, skraj lasu, łąki i wieś. Na niebie następna puchata chmura zwiastująca koleją śnieżycę, ale ta dopadła nas już w drodze do domu.