Trzydniowa wyprawa w ostatnich dniach czerwca w Karkonosze Zachodnie, rozpoczęta wtelepaniem się z gratami na Szrenicę. Niestety, ze Szrenicy trzeba było tachać wszystko na pleckach pod Łabski Szczyt, do jednego z bardziej klimatycznych schronisk i miejsc. W każdym razie lubimy je. I pierogi też (tu ukłony dla obsługi schroniska). Ale nie lubimy nosić plecarów. Chociaż w dobrym towarzystwie to nawet plecary niestraszne (tu pozdrowienia dla Marysi, Hani i Wieśka).

W powietrzu wisiało coś, co sugerowało, że za chwilę się skropli i przestanie wisieć. Szczęśliwie zrealizowało sugestię już po naszym doczłapaniu się do schroniska i dorwaniu do jedzenia. Można było się przez okno napawać pionową wodą, kotłowaniną, siłą i urokiem natury. I takie tam.

Większość czasu spędziliśmy w Śnieżnych Kotłach i doczekały się one, a zwłaszcza ich jeden szczególny bazaltowy kawałek, własnych opisów. Tutaj zostały fotki drogi (skoro mogą być filmy drogi, to dlaczego nie fotki?), z przechodzenia ze schroniska do Kotłów. Najpierw z pięknie ustorczykowanego torfowiska przejściowego, w tym roku rozpaczliwie suchego…

Przemarsz przez kawałek regla górnego w drodze do Śnieżnych Kotłów

Relikt uprawowy szczaw alpejski Rumex alpinus na polanie przy schronisku pod Łabskim Szczytem. Ślad po dawnej gospodarce pasterskiej – wszędzie, gdzie w Sudetach były górskie łąki i trzymano bydło, sadzono go ze względu na wartości lecznicze (krowie, żeby nie było). Naturalnych stanowisk w Sudetach nie ma.  A że teraz o krowy trudno, nikt go nie zjada, sieje się równo, długo żyje, człowieki eutrofizują, ile wlezie, a on azot lubi, to mamy płaty 100% szczawiu, wypierające roślinność łąkową. Czesi po swojej stronie dopuścili randapowanie paskudztwa, bo bioróżnorodność przy nim leci na paszczę…

I powrót do cywilizacji, tym razem z tobołami na sam dół, bez wspomagania wyciągiem. Dobrze, że jadalne zjedzone, ale za to próbki pobrane i bilans końcowy wcale nie był korzystny… Za to można było z bliska oglądać stada i zarośla podrzenia żebrowca.