Woda zeszła, chmury poszły, zrobiło się przyżyciowo – koniec laby.

25.08. pracowicie podreptaliśmy do góry uzbrojeni w sprzęt różnoraki i spędziliśmy dzień na tępieniu różnych obcych gatunków roślin.  Czy to znaczy, że jesteśmy ksenofobami?

W nagrodę po całym dniu skubania zielska odwiedziliśmy nasze ulubione maluchy: niebieskawego widlicza alpejskiego Diphasiastrum alpinum

i rosnącego tuż obok bardzo rzadkiego w Polsce wściekle zielonego widlicza Zeilera Diphasiastrum zeileri

26.08. to kolejny dzień dłubania, chociaż upiornie niska temperatura mocno przeszkadzała. Za to mieliśmy góry niemal dla siebie – niewiele osób lubi, jak im odpadają z zimna nosy, uszki i paluszki. No i ta widoczność – polarne powietrze przejrzyste jak kryształ. Swoją drogą jakie dziwne rzeczy chłopaki powyciągali z kosodrzewiny… (bo oprócz plewienia jeszcze do oddzielnych worów zbieraliśmy wszelkie śmieci). To, że pełen zestaw czapek, czapeczek, czapuś, kapeluszy i innych beretów – nic to. To, że narty wszelkiego koloru i rozmiaru, zawsze pojedyncze – nic to. Pełen przegląd puszek – nic to. Ale kabina czegoś a la Żuk? Tylko kabina, bez podwozia i innych elementów. Czego to ludzie w krzaki nie wrzucą…

Przy okazji spojrzeliśmy na murawy wysokogórskie – grzech nie skorzystać, skoro pierwszy raz od trzech dni coś widać.

A złażąc trochę nas zniosło i zajrzeliśmy jeszcze na Kotki, żeby odwiedzić zmienkę górską Cryptogramma crispa. Po drodze obejrzeliśmy kroplika żółtego na wysięku koło potoku (najwyższe stanowisko w Karkonoszach) i podejźrzona księżycowego przy skrzyżowaniu. Tyle, że ciemnawo było już dosyć i zdjęcia wyszły różnie.

27.08. cieplejszy, więc wykorzystany do maksimum dzień. Złaziliśmy z pielenia o zmierzchu, a oglądane widoki jakoś tak ograniczały się do powierzchni badawczych i sięgały max. 50 cm od poziomu gruntu.