Zupełnie inny, a przecież też nadbużański świat – piaszczyska w Kózkach. Naniesione przez rzekę pokłady piasku, potem przewiewane przez wiatr. Powietrze rozedrgane od upału, chrzęst i chrobot chrobotków, zapach jałowców i wszędzie dołki mrówkolwów. Kiedyś takie piaszczyska były w niemal każdym zakolu – można to oglądać na zdjęciach lotniczych z lat 50. i 60. Potem obsadzono je sosną, częściowo same zarosły. To w Kózkach z czegoś pospolitego stało się unikatem, paradoksalnie dzięki temu, że było łatwo dostępne z popularnej szosy i cały czas ktoś tam łaził, jeździł, naruszał i niechcący zatrzymywał sukcesję. Szkoda, że tak rzadko nas tam zanosi.

Najpierw kilka fotek zielska po drodze, strzelonych tak dla przyjemności.

I same piaszczyska – zadziwiający krajobraz wydm i zielska z nimi związanego. Wszystko musi się liczyć z tym, że w pewnym momencie zabraknie wody i trzeba będzie jakoś przetrwać. Murawy szczotlichowe mają tutaj przepiękne.

Pomiędzy kępkami szczotlich na gołym piachu siedzą sobie różne małe rzeczy.

A między kępami chaszczy co i rusz prześwituje błękitny Bug.

Niektóre rośliny o tej porze już wysiały nasiona i tylko ich duchy (mumie?) można zobaczyć.

Na osobną historię zasługują tutejsze jałowce: stare, ogromniaste, dochodzące do naturalnego stadium rozpadu i w upał niesamowicie pachnące.