Na Fuerteventura jechaliśmy z nastawieniem neutralnym, raczej, żeby się wybyczyć, niż szaleńczo zwiedzać. I okazało się, że wyspa ma niesamowity urok – łączy wszystko to, co nam się kojarzyło z wakacjami, czyli piasek, morze i góry, przyjemne miasteczka i wsie z ciekawymi zabytkami w umiarkowanej ilości, a do tego poza niektórymi kawałkami wybrzeża jeszcze nie jest turystyczna. A przynajmniej nie za bardzo. Można się wymoczyć w ciepłym morzu, zalec na piasku wybranego koloru, turlać się po wydmach, łazić pasterskimi ścieżkami po górach. I napawać się urlopem w rezerwacie biosfery UNESCO. A że w grudniu zielone jest w stanie snu, to i odpoczynek od chlorofilu jest gwarantowany.

Bardzo zróżnicowany krajobraz od pustynnych wydm na północy, przez ogromne plaże na wschodzie, stare, niesamowicie obłe góry w centrum, po nowe i szurpate góry, opadające wielkim klifem do oceanu na wschodzie gwarantuje, że osoby chodzące nie będą się tu nudzić. Do wyboru, do koloru.

Niewielka ilość zielonego, wynikająca z pustynnego lub półpustynnego charakteru większości wyspy, jest jeszcze redukowana przez najczęstszego (w sezonie turystycznym drugiego po Homo sapiens) ssaka – wszędobylską i wszystkożerną kozę domową Capra hircus. A kóz mają tu ogrom, szacuje się, że więcej, niż mieszkających tu ludzi. I wszystko, co jest jadalne, a nie jest ogrodzone, wcześniej czy później jest przycinane. Wyspa została rzucona kozom na pożarcie i jak na razie nic się w tym względzie nie zmienia. Kozy są we wszystkich kolorach, z charakterystycznie klapniętymi uszami. I bardzo uważnie wszystkiemu się przyglądają, a ich źrenice dodają spojrzeniu wagi.

Kolejnym obcym elementem zwierzęcym są ulubione przez nas osły Equus asinus, żyjące sobie dziko lub półdziko w wąwozach. Ich system zawiesza się regularnie co kilka minut i reset trwa też kilka minut, w tym czasie odpoczywają sobie bez ruchu i znaków życia od trudów w/w życia. Tylko pozazdrościć. O ile w 2010 i 2011 widywaliśmy je regularnie, to w 2019 nie zdybaliśmy ani jednego. podobnież są, ślady metaboliczne to potwierdzają, ale już nie idą do ludzi. W 2010 mieliśmy okazję oglądać je co rano, jako pierwsze nieczłowieki po otwarciu oczu – okna wychodziły na żleb w Esquinzo, gdzie trzy osiołki ( w tym jeden biały) sobie żyły i spędzały niemal całe dnie.

A trzecim wszędobylskim zwierzakiem są oczywiście także obce tutaj wiewiórki /pręgowce berberyjskie, ostatnio podobnież nazywane berberyjkami marokańskimi Atlantoxerus getulus. Śliczne, przyjazne, do niedawna jedzące z ręki, żebrzące o datki, włażące na nogawki portek, zaglądające do toreb i ogólnie nachalne. I szczerze znielubione przez tubylców, bo bez żadnych wyrzutów dzielą się z farmerami i ogrodnikami wszystkim, co im zasmakuje. Oczywiście są stroną biorącą w owym dzieleniu się. No i zajmują się też rodzimą roślinnością, o ile zostanie coś po kozach. Ostatnio zmieniło się o tyle, że zaczęły unikać ludzi (no, może poza punktami wyłącznie dla turystów), widać, że coś zaczęto robić, żeby ograniczyć ich liczbę. Słuszne to i w ogóle, ale czysto egoistycznie trochę żal, bo zabawa była przednia.

Czwarty obcy ssak już nie jest tak wszędobylski, a przynajmniej jest dużo dyskretniejszy. W 2019 nocowaliśmy w Costa Calma i tam chodziliśmy na wieczorne spektakle pt. Nocne życie jeży algierskich. No dobra, afrojeży Atelerix algirus. Pracownicy hotelu postawili między hotelem a nadmorskimi krzakami elegancką budkę z materiałów z recyklingu, gdzie były miski z wodą i sucha karma dla kotów, a co bardziej nawiedzone wczasowicze wynosiły też kotom resztki z jadalni. I to odkryły jeże i w nocy sobie przywłaszczyły. Przepychanki, nocne amory, wyścigi do miski i ogólny jeżowy folklor. Było to o wiele bardziej pasjonujące, niż jakieśtam szoły w hotelu. Jeż algierski tutaj jest najprawdopodobniej gatunkiem obcym, różni się od naszego wyraźniejszymi uszkami, jaśniejszym futerkiem i, co najważniejsze, dłuższymi łapiętami, które pozwalają mu na rozwijanie kosmicznych jak na jeża szybkości. W każdym razie zrobienie im zdjęcia po ciemku to była loteria. Filozoficzne zapytanie ‚dokąd nocą tupta jeż’ do tych jeży się nie odnosi, one tuptają co najwyżej w gęstych krzakach, robiąc przy tym dziki hałas, a na otwartej przestrzeni przemykają błyskawicznie. Zdarzyło się, że zalegliśmy nocą na leżakach na plaży (co dziwne, wtedy nikt nie chciał od nas opłaty za leżak), oglądaliśmy sobie gwiazdy, a jeden z bojowych jeży przycwałował przez plażę, oznaczył nogę mojego leżaka i odcwałował z powrotem w krzaki.

Swoją drogą usiłujemy złapać coś, co Ricardo (serdeczne pozdrowienia) nazwał swojego czasu szalejącą zielenią Fuerteventura, chichocząc przy tym wrednie. W 2010 i 2011 byliśmy tu w grudniu, częściowo przed deszczami, częściowo w trakcie i było jeszcze za wcześnie. W 2019 byliśmy w lutym, jeszcze w okresie deszczów (raz nas nawet zlało, jak zwykle w Ecomuseo La Alcogida), ale wygląda, że to było już po okresie w/w szaleństwa. Że coś takiego faktycznie istnieje, świadczą nasienniki różnych rzeczy, oglądane w lutym, ale zaczynamy podejrzewać, że to jest jakieś magiczne 10-20 dni, wędrujące między drugą połową grudnia a początkiem lutego. Może kiedyś się uda, bo musi być zjawiskowe.

Warto wiedzieć, że ogólnie drugim językiem po hiszpańskim na Fuerteventura jest niemiecki. Franco po wojnie domowej wynagradzał niemieckich sprzymierzeńców nadaniami na tej wyspie i do dzisiaj niemieckojęzyczne osobniki w wieku mocno popoborowym stanowią znaczący procent spotykanych ludzi – wyspa jest  jednym z ulubionych zimowisk niemieckich emerytów. Gorzej, że część z nich to zagorzali naturyści, uważający, że uszczęśliwiają świat widokiem swoich ciałek. A ciałka w wieku 80+ wyglądają, jak wyglądają… W latach 2010-2011 nie szło zrobić zdjęcia krajobrazu nadmorskiego bez gołych niemieckich geriatrycznych wstawek, co było mocno wkurzające. Szczęśliwie biologia działa, w 2019 problem niemal się rozwiązał, poza tym chyba trochę bardziej został też organizacyjnie ogarnięty i takie kawałki nie pojawiają się już np. w sąsiedztwie placów zabaw dla dzieci. Po angielsku można się dogadać bez problemów, są miejscowości lubiane przez Anglików i tam dominuje lokalnie angielski, poza tym ciepły klimat łagodzi obyczaje, wszyscy są niezwykle życzliwi i bardzo chcą się dogadać, więc w ostateczności skutkuje ogólnoludzka interlingwa  – intonacja i machanie łapami.